Podróż dookola życia. UK Halifax
Kategorie: Wszystkie | obczyzna
RSS
sobota, 07 sierpnia 2010
Przygotowania
13 sierpnia ruszamy do Malezji i Kambodży. Przygotowania trwają...

11:12, karolulman
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 maja 2010
W końcu w Gdyni
Dotarliśmy w końcu do Gdyni. Jak to mówią nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Lot do Katowic zaowocował spotkaniem z Bulkiem czego się absolutnie nie spodziewaliśmy, ale co nas bardzo ucieszyło. 
21:56, karolulman
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 maja 2010
Do Polski
Cos sie nam nie wiedzie. Lot do Gdanska odwolany. Przebukowalismy na Katowice. Dzis pewnie noc w Krakowie u Bulka, o ile sie uda. No ale z drugiej strony, lepiej pozno niz wcale.
10:49, karolulman
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010
Hiszpania, kwiecień 2010
Tym razem Hiszpania zaskoczyła nas deszczem i niezbyt ciepłą aurą. Cóż, mieliśmy więcej czasu na łażenie po różnych ciekawych miejscach. Odkryciem było dla nas zachodnie wybrzeże Hiszpanii, znacznie ładniejsze niż blokowiska na Costa del Sol, ładne, piaszczyste plaże, spokój i ocean. Słońca wiele nie zakosztowaliśmy, ale i tak wyjazd się udał. Nawet udało się wrócić o czasie, a przez wybuch wulkanu wcale nie było to takie pewne. Przejechaliśmy całą południową część Hiszpanii. Było jeszcze przed sezonem i w wielu miejscach panował klimat dokładnie przedsezonowy. Trochę się podszkoliliśmy w języku, tylko czemu nikt spotkany na ulicy, czy w restauracji nigdy nie odpowiada jak w podręczniku. Ale nawet tak nikła znajomość hiszpańskiego dodawała nam pewności siebie i w sumie wiedzieliśmy, że zawsze jakoś się dogadamy.      









No i jeszcze coś w kolorze.










Tagi: Hiszpania
22:49, karolulman
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 grudnia 2009
Rzeszów - rewizyta
Skorzystaliśmy z zaproszenia Doroty i zawitaliśmy do Rzeszowa. Podróż z Halifaxu zajęła mniej czasu niż jak byśmy chcieli jechać z Trójmiasta. Silna ekipa rzeszowska (Dorota, Mama , Ewelina, TajChi, Misiek) ugościła nas po królewsku i pokazała miasto oczami tubylców ;-) Udało nam się też zahaczyć o Bieszczady, niestety pogoda nie sprzyjała, ale i tak Jawornik został zdobyty ;-) Wyjazd był krótki i intensywny ale energetycznie bardzo dobrze na nas podziałał. Fajnie było się na chwilę oderwać od codzienności i na 4 dni zupełnie zmienić środowisko.


Tagi: Rzeszów
19:53, karolulman
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 października 2009
Update
       Hmm... Ani się obejrzeliśmy a już minęły prawie dwa miesiące od wyjazdu do Norwegii. Wrzesień był wyjątkowo pracowity. Chyba to znak, że kryzys mija. W pracy przynajmniej recesji nie widać, wręcz przeciwnie, roboty mamy jak nigdy.

      W jeden z weekendów pożegnaliśmy w Hull jacht Hull & Humber wypływający w rejs dookoła świata. Cała załoga oprócz skippera to amatorzy w wieku 18-65 lat.

     Następny weekend to zachodnie wybrzeże i pokazy lotnicze w Southport. Jak zwykle przy takich okazjach ludzi było aż za pełno, ale pokazy niezłe, mimo że odbywały się nad morzem a nie na lotnisku.   

      Od Norwegii zmieniliśmy mieszkanie. Teraz mamy więcej miejsca i spokojniejszych sąsiadów.

      Mieliśmy też pierwszego gościa, a w zasadzie gościówę :-) Dorota zaskakiwała nas kulinarnie, serwując dania, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, a wszystkie tak dobre, że znikały w okamgnieniu. Był nawet taki plan, żeby Doroty do domu już nie puścić, ale niestety się nie powiódł.



      W czasie wizyty znamienitego gościa wypadł nam roboczy wyjazd do Polski, krótki i intensywny, ale udany. Z wyjazdu mamy tylko jedno zdjęcie.


 
22:01, karolulman
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Norwegia
Poniedziałek 17-08-2009

Sandefjord-Drammen

Lecimy z Liverpoolu na lotnisko Sandefjord (Torp) nazywane przez tanie linie lotniskiem Oslo, nie wiedzieć czemu, bo do Oslo jest stąd ponad 100 kilometrów. Plan był taki, żeby wypożyczyć auto i ruszyć na północ. Z powodu perturbacji z kartą kredytową nie udało nam się wypożyczyć samochodu wcześniej. Na lotnisku okazało się, że w żadnej z pięciu wypożyczalni nie ma ani jednego auta. Jedziemy autobusem do Drammen (30 km od Oslo) licząc, że następnego dnia uda nam się coś w kwestii auta załatwić. W Drammen trafiamy na pole kempingowe. Przez chwilę czujemy się jak w Polsce kiedy pani z recepcji prosto z mostu mówi, że jak nie potrzebujemy rachunku za nocleg to będzie 50 koron taniej. Skąd my to znamy :-) Drammen wita nas deszczem, dlatego decydujemy się na spanie w hytterze, bo pole wygląda raczej jak bagno i rozbiajnie się z namiotem nie jest zbyt atrakcyjną opcją.   



Wtorek 18-08-2009

Drammen-Gol-Gaupne

O 8:00 otwierają się wypożyczalnie. Ja o 8:10 już wiem, że w dwóch z trzech wypożyczalni nie mają samochodów. Dostaję namiar na trzecią, idę do niej przez pół miasta. Okazuje się, że mają dwa auta. Jednym z nich jest Honda Civic,

 którą jeszcze tego samego dnia ruszamy w kierunku północy. Dojeżdżamy na camping nad jeziorem za miejscowością Gaupne. Za sobą mamy pierwsze piękne widoki oraz pierwszą podróż promem.



Środa 19-08-2009

Gaupne-Jostedalen-Lom-Geiranger

Wstajemy wcześnie (jak zwykle w czasie tego wyjazdu ;-) i ruszamy do Jostedalsbreen nasjonalpark. Dochodzimy do czoła lodowca, który robi niesamowite wrażenie. Nie wchodzimy na lodowiec, bo nie mamy sprzętu ani czasu, poza tym to dość droga wyprawa. Może następnym razem... Jedziemy dalej górską drogą 55 w kierunku Lom przejeżdżając koło Jotunheimen nasjonalpark. Co chwila zatrzymujemy się na zdjęcia, a widoki są nieziemskie, bo i górki dookoła spore, a szczyty zaśnieżone. Z Lom jedziemy do fjordu Geiranger, jednego z najmniejszch ale też najbardziej malowniczych. Dojeżdżając do fjordu widzimy jak odpływa ostatni prom do Hellesylt. Zostajemy na noc na campingu w Geiranger. Wypożyczamy kajak i ruszamy na podbój fjordu. Na początku jest całkiem spokojnie i płyniemy dość rekreacyjnie, wiatr jednak się wzmaga, robi się fala i powrót jest już bardziej ekstremalny. Fjord Gairanger robi niesamowite wrażenie. Z poziomu morza wyrastają góry prawie jak nasze Tatry, a widok wielkiego promu pasażerskiego między tymi górami jest już zupełnie odjazdowy.




Czwartek 20-08-2009

Hellesylt-Stranda-Linge-Droga Trolli-Dombas-Oppdal-Trondheim-Levanger
 
Długi przelot. Droga Trolli robi wrażenie, jest niesamowicie kręta i malownicza. Bierzemy na stopa parę turystów, jak się okazuje Czechów, spędzają już kolejne wakacje w Norwegii i opowiadają ciekawe historie. Pokazują nam też jeden wodospad i ścianę skalną bodaj 1800m wysokości, na którą wspinaczka trwa ponoć dwa dni z noclegiem w ścianie. W dół jest szybciej, przynajmniej dla base-jumperów, chociaż po kilku wypadkach śmiertelnych skoki są zabronione. Czesi wysiadają w Dombas, a my ruszamy dalej do Trondheim, które tylko mijamy bo szkoda nam czasu na zwiedzanie miasta. Zatrzymujemy się na campingu w Lavanger (najwyższy standard jeżeli chodzi o węzeł sanitarny no i nie trzeba dodatkowo płacić za prysznic co jest ewenementem w Norwegii)



Piątek 21-08-2009

Levanger-Mo i Rana-Koło Podbiegunowe-Rognan 

Droga E6 z Oslo na północ nie jest zbyt ekscytująca jeżeli chodzi o krajobrazy. Najciekawszy z całego dnia jest przejazd przez koło podbiegunowe, chociaż ma bardziej charakter symboliczny bo widoki się nie zmieniają. Na kole czuć, że sezon turystyczny ma się ku końcowi. Ludzi jest niewielu a jesień wisi w powietrzu. Zjeżdżamy z głównej drogi i śpimy na dziko w samochodzie. Okazuje się, że Honda nadaje się do tego całkiem nieźle, po złożeniu siedzeń bagażnik jest płaski i miejsca jest wystarczająco. Całą noc pada deszcz więc spanie w namiocie i tak nie byłoby najciekawszą opcją.

Sobota 22-08-2009

Rognan-Ornes-Furoy-Polar-Mo i Rana-Trofors

Wjeżdżamy na malowniczą drogę nr 17, na jej najciekawszy odcinek między Bodo a Mo i Raną. Faktycznie droga jest widokowo bardzo atrakcyjna. Płyniemy dwoma promami, na które czekamy dosyć długo bo to już po sezonie. W trakcie czekania dajemy radę ugotować i zjeść obiad. Drugim promem przekraczamy koło podbiegunowe. Droga jest ciekawa, ale dużo wolniejsza niż E6 dlatego wróciwszy do Mo i Rany decydujemy się na przejazd E szóstką. Śpimy znowu na dziko, w lesie. Dookoła pełno jagód i grzybów. Prawdziwki, maślaki, rośnie ich tu mnóstwo, w dziesięć minut można by nazbierać cale wiadro.



Niedziela 23-08-2009   

Trofors-Levanger-Trondheim-Magalaupe

Do tej pory nie udało nam się zobaczyć żadnych zwierząt, więc decydujemy się na wizytę w Namsskogan Familiepark, coś w rodzaju zoo, gdzie w końcu widzimy renifery, jelenie, łosie, niedźwiedzie, wilki, lisy. Na wieczór zajeżdżamy na camping  w Magalaupe. Camping jest przy rzece i jest raczej zimnawo.

jhg 
Poniedziałek 24-08-2009

Magalaupe-Dombas-Hunderfossen-Lillehammer-Honefoss-Horten

W Hunderfossen zwiedzamy muzeum drogownictwa. Ludzi praktycznie nie ma wcale, a muzeum jest niezłe, szkoda tylko, że tak mało opisów jest po angielsku. Mają niezłą kolekcję maszyn drogowych, w tym pługów śnieżnych. Pokazana jest historia budowania dróg i tuneli w super trudnych warunkach. Na potrzeby muzeum wykuto 240m tunelu, w którym pokazano całą historię budowania norweskich tuneli.
Z Lillehamer GPS pokazuje najszybszą drogę przez Oslo, my wybieramy boczną drogę, która jest dużo ciekawsza, ale bardziej kręta i wyboista i daje nam się we znaki więc jak tylko jest możliwość to wracamy na główną trasę. Śpimy na campingu nad Oslofjorden, którego właścicielka spędza zimy na Florydzie, a jedną z chat okupują chłopaki z Gniezna.

Wtorek 25-08-2009

Horten-Sandefjord

Rano szybkie pakowanko, przejazd na lotnisko, zdajemy samochód i samolotem wracamy do Liverpoolu a stąd naszą wysłużoną Meganką do Halifaxu.
















  
Tagi: Norwegia
13:34, karolulman
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
VWNW - zlot Volkswagena w Tatton Park
Wczoraj o 13:00 zorientowałem się, że jest taki zlot. O 13:10 byliśmy już w drodze. Spora impreza, dużo ciekawych aut. Pogoda się wyjątkowo udała. Słoneczko, ciepło, ale nie za gorąco. Idealnie na tego typu imprezę.



















  
13:06, karolulman
Link Komentarze (8) »
niedziela, 26 lipca 2009
Kraków i Tatry
Kraków piękny jak zawsze, a jak się jeszcze ma tam zakochaną parę znajomych to już musi być miodnie. I było. Śródziemnomorskie upały. Polskie owoce i bób. Nocne rodaków rozmowy na balkonie jak w Barcelonie :-) Bulki - było świetnie. Jeszcze raz dzięki bardzo. Pierwszy raz po tylu wizytach w Krakowie weszliśmy na Kopiec Kościuszki. Było warto. Już samo podejście pod kopiec od strony Salwatora było bardzo przyjemnym spacerem. Turysty niewiele, widoki świetne, ponoć przy dobrej pogodzie widać nawet Tatry, myśmy nie zobaczyli, ale wierzymy na słowo.

A teraz w Tatry... Szwagropol miał nas tam dowieźć w dwie godziny, ale słynna już Zakopianka skutecznie nam podróż wydłużyła do ponad trzech, ale nie o to, nie o to... Pierwszy (dla nas) dzień czyli sobota to był typowy, Zakopiański lans: wjazd na Gubałówkę, lody na górze, przejście wśród dziesiątek, albo i setek straganów z żarciem, piciem, ciupagami, sercami, kierpcami, skórami i sam nie wiem czym jeszcze. Było śmiesznie, tworzyliśmy niezłą grupę, do tego nawet zorganizowaną :-) Do tej pory, jak się możecie domyślać, nie poczuliśmy jeszcze ducha wielkiej górskiej przygody.
   Ta czekała na nas dnia następnego. Za radą Ostrego postanowiliśmy wyruszyć wcześnie, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bardzo wcześnie. Pobudka o 3:30, o czwartej wyruszmy na szlak. Jest ciemno, więc jeszcze nie widzimy jak zła pogoda będzie nam towarzyszyła przez cały dzień, może i dobrze bo jak byśmy wiedzieli to byśmy pewnie wcale nie wyszli. My jednak idziemy. Z nieba lekko siąpi, ale to nas nie przestrasza. Naszym celem na niedzielę są Czerwone Wierchy. Gdy docieramy na pierwszą przełęcz, spotykamy samotny zielony namiocik, w którym ktoś sobie spokojnie śpi i pewnie śni o tym, że będzie pierwszy na szlaku, niedoczekanie. Ruszamy dalej. Podnosi się mgła, ale idziemy w chmurach, robi się coraz jaśniej, ciszę mąci jedynie śpiew ptaków. Klimat jakw dżungli. Jest pięknie, choć woda w lewym bucie zaczyna już chlupotać. Gdy wychodzimy ponad linię drzew robi się jakby chłodniej. Zakładam na siebie wszystko co mam do ubrania, a nie ma tego dużo. U koleżków podobnie. Na pierwszym szczycie jesteśmy koło 7:30. Musze przyznać, że jeszcze nigdy tak wcześnie nie byłem w górach. Nie wiem ile czasu spędzamy na szczycie, ale jak zaczyna mi stygnąć woda w butach stwierdzam, że trzeba ruszać dalej. Już dawno nie byłem tak mokry i dawno nie było mi tak zimno. Spoglądam wokół i jedyne co może mnie pocieszyć to świadomość, że nie jestem sam w tym odczuciu. Ruszamy dalej i tym razem już bez przystanków, każdy w swoim tempie docieramy na Kasprowy. W innych okolicznościach pewnie nawet byśmy nie zaszli do środka, ale biorąc pod uwagę okoliczności i stan w jakim jesteśmy, traktujemy restaurację na Kasprowym jak wybawienie. Ja obalam dwie herbaty i pierogi. Odzyskujemy siły, regenerujemy się trochę. Robimy jedyne tego dnia zdjęcia i podzieleni wracamy (kolejką lub autonogami).



Po tym dniu czujemy doskonale co to znaczy męska przygoda, wyrypa i w zasadzie pierwotne założenie wyjazdu zostaje zrealizowane w 100%. Dziewczyny zabierają dzieciaki do muzeum, bo pogoda nie pozwala na nic innego. Muzeum jakimś cudem ocalało , chociaż ponoć niewiele brakowało, żeby dzieciaki obróciły je w pył. Po południu jest jeszcze czas na integrację, śpiewy, hulanki i swawole. Zależy co kto preferuje.
     Na poniedziaek w planie Murowaniec - Zawrat - Świnica czyli trochę inne klimaty. Pogoda ma nam sprzyjać. Ruszamy później bo po 5 co i tak jest niezłym czasem. Po drodze do Murowańca spotykamy tylko ojca z córką, których spotkamy zresztą jeszcze raz tego dnia. W Murowańcu jesteśmy po 7. Bufet jeszcze zamknięty, więc ruszamy dalej. Dopiero teraz spotykamy więcej ludzi. To ci, którzy spali w Murowańcu, albo w Betlejemce. Szlak na Zawrat jest niezły, jest dość stromo, są łancuchy. Pogoda super. Aż do Zawratu nie spotykamy nikogo idącego z przeciwka. Idzie się bardzo dobrze. Widoki niesamowite. Na szlaku od Zawratu na Świnicę robi się już tłoczno, na łańcuchach kolejki. Teraz juz wiemy, że warto było wychodzić tak wcześnie, dzięki temu mieliśmy góry tylko dla siebie. W drodze powrotnej ludzi mijamy dużo, a do Murowańca docierają dzikie tłumy, panie w sandałkach i spódniczkach i tego typu klimaty. Spieszymy się z zejściem bo dziś chodzimy po górach na dwie zmiany. Dorota i Agnieszka ruszają na Giewont po południu . Co też okazuje się dobrym rozwiązaniem bo wszyscy co mieli wejść weszli rano, więc dziewczyny mają górę z krzyżem dla siebie (no prawie). 
     Wieczorem dalsza integracja, która, trzeba przyznać doskonale nam wychodzi :-)     











Pozdrowienia dla całej ekipy :-)



To był wyjazd rocznicowy, dla mnie był nawiązaniem i powrotem do tradycji wspólnych wypraw zapoczątkowanej w niejasnych okolicznościach w 1999 roku  zimowym wyjazdem w Gorce. Bardzo się cieszę, że udało nam się zorganizować i spotkać na neutralnym gruncie bo jednak to zupełnie co innego niż spotkanie na chwilę, gdzieś w przelocie w Trójmieście, gdzie każdy ma swoje sprawy do załatwienia. Tu każdy był na wakacjach i to było świetne :-)         
Tagi: kraków Tatry
23:13, karolulman
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 lipca 2009
Walia
W czasie wyjazdu nie tylko chodziliśmy po górach :-)









Na tym zamku, w tym kółku na środku Charles został mianowany księciem Walii. Podobno oglądało to 500 mln ludzi na świecie. 








Tagi: Walia
13:18, karolulman
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34