Podróż dookola życia. UK Halifax
Kategorie: Wszystkie | obczyzna
RSS
piątek, 10 października 2008
Andaluzja
     Wyjazd był krótki ale treściwy i udany. Szybki przelot Liverpool-Granada. Obsługa Ryanair ma chyba najbrzydsze stroje jakie można sobie wyobrazić. W Granadzie czeka już na nas auto, więc od razu ruszamy w stronę wybrzeża. Nie jedziemy jednak cały czas autostradą ale wjeżdżamy na mniej uczęszczaną górską drogę, żeby podziwiać widoki. Oglądamy zamek koło Lanjaron oraz pierwsze kaktusy, winogrona i oliwki rosnące nieopodal.


    
Zjeżdżamy nad morze. Pierwszy przystanek w Almunecar. Widać, że jest już po sezonie, prawie wszystko zwinięte na zimę. Plaża jest kamienista i nie da się chodzić boso. Na plaży smażą się niedobitki angielskich i niemieckich emerytów, my robimy krótki spacer wzdłuż brzegu i ruszamy dalej. Docieramy do Torremolinos, kolejnego raju dla fanów wycieczek all inclusive, Setki hoteli tuż przy plaży, w zasadzie to całe blokowiska, dziesięciopiętrowe budynki ustawione tak, żeby każdy miał widok na morze. Znajdujemy camping, na nim bungalow, warunki spoko więc zadowoleni idziemy spać.    
   
Drugiego dnia zahaczamy jeszcze o Marbellę, to już niby miejscowość dla gwiazd z Hollywood i bogatszych turystów, coś jak Sopot. Z Marbelli odbijamy wgłąb lądu do Rondy. Droga jest bardzo malownicza, znowu przez góry. Sama Ronda jest zbudowana na skale, a do miasta wjeżdża się przez zabytkowy most, który jest jedną z wizytówek Andaluzji i naprawdę robi niesamowite wrażenie. Kręcimy się trochę po mieście podziwiając malownicze uliczki i widoki na całą okolicę. Znowu śpimy w bungalowie na campingu el Sur, jest to nasza najlepsza miejscówka w czasie tego wyjazdu, niestety przyjeżdżamy za późno, a wyjeżdżamy  za wcześnie żeby skorzystać z basenu wśród palm. Może następnym razem...



Rozważaliśmy opcję wyjazdu z Rondy na zachodnie wybrzeże na Costa de la Luz, ale stwierdziliśmy, że nie wyrobimy się w czasie więc ruszyliśmy prosto do Sevilli, z krótkim przystankiem  w Zahara de la Sierra. Jest po 10 rano a miasteczko dopiero budzi sie do życia. W sumie to lepiej byłoby tu się zjawić po południu, bo rano Zahara jest w cieniu góry i zamku, który się na niej znajduje. Jako takie zdjęcia można więc robić dopiero z rzeczonego zamku i w drodze powrotnej. W Sevilli jesteśmy krótko po południu. Samochód zostawiamy w centrum na parkingu podziemnym, który miał chyba z 4 piętra w dół (w zasadzie nie ma innej opcji bo znalezienie darmowego miejsca do zaparkowania już parę kilometrów przed centrum graniczy z cudem i wymaga hiszpańskiego sprytu i umiejętności wjeżdżania w miejsca, w które wjeżdżać byśmy nie chcieli nawet mimo tego, że auto ma pełne ubezpieczenie i nie musimy się martwić o nic)  i ruszamy w miasto. Tu daje się zauważyć dominację amerykańskich turystów. Miasto jest bardzo ładne, przynajmniej jego stara część, bo przedmieścia w Hiszpanii raczej nigdy nie zachwycają, a wręcz zniechęcają do zwiedzania. Do wieczora włóczymy się po mieście, aż nie chce nam się wyjeżdżać tak jest przyjemnie. Za miastem jakimś cudem (nie bez pomocy lokalesów) znajdujemy camping, który okazuje się być żywcem wyjęty z filmów Barei. Nasz bungalow to zwykły barak, dość obleśny, światło w łazience nie działa, a po odkręceniu kurka z wodą do umywalki wypływa brunatna breja, nie muszę chyba pisać, że Dorota jest załamana, ale w sumie nie mamy wyboru i jakoś udaje nam się przetrwać noc. Okazuje się też, że na hasło Polonia wynuża się z mroku jakiś pijaczyna, pan Adam, który słysząc, że my z Polski chce dzwonić po kolegów, organizować grilla, na szczęście udaje nam się wymigać od libacji z rodakiem, zostajemy jednak uraczeni opowieściami dziwnej treści o wysokim stężeniu %% w wydychanym powietrzu.

Z samego rana ruszamy dalej w stronę Granady. Po zwiedzeniu Osuny i Estepy, bardzo ciekawych i urokliwych miasteczek, stwierdzamy, że nie mamy już za bardzo ochoty ani siły na krążenie po kolejnych i zjeżdżamy znowu nad morze, tym razem do Rincon de la Victoria. Tym razem strasznie wieje i są chmury więc na plaży nie ma żywej duszy, jest tylko kilku szalonych "kajciarzy" a jednemu z nich prawie udaje się nas zmasakrować swoim latawcem. Przypadkiem znajdujemy lokalną "restaurację", która przypomina bardziej smażalnię ryb na półwyspie, gdzie jemy najlepszy i najtańszy posiłek tego wyjazdu. Mamy oczywiście problemy lingwistyczne, bo jak na lokalną "restaurację" przystało nikt po angielsku nie mówi, ale za to wszyscy są mili i pomocni i dobrze nam doradzają przy wyborze dań. Mimo tego, że był to lokal z serii "obrus z rolki", "krzesła ogrodowe" a położony był malowniczo koło obskórnego mostu i rynsztoka, chyba będziemy go wspominać najlepiej ze wszystkich odwiedzonych. Tego wieczoru mieliśmy drobny problem ze znalezieniem noclegu. Jeden camping był zamknięty, na drugim trzeba było zostać przynajmniej dwie noce. W końcu zatrzymaliśmy się w hostalu, na przyzwoitym poziomie, za całkiem rozsądne pieniądze. Znowu były kłopoty z dogadaniem się, ale daliśmy radę. Nasz hiszpański dzięki takim akcjom stale się poprawia :-)

Rano znowu wczesna pobudka, tankowanie z przygodami, dojazd na lotnisko w Granadzie, zwrot samochodu i powrót do angielskiego klimatu, brrr....















                  
Tagi: Hiszpania
12:04, karolulman
Link Komentarze (1) »