Podróż dookola życia. UK Halifax
Kategorie: Wszystkie | obczyzna
RSS
niedziela, 26 lipca 2009
Kraków i Tatry
Kraków piękny jak zawsze, a jak się jeszcze ma tam zakochaną parę znajomych to już musi być miodnie. I było. Śródziemnomorskie upały. Polskie owoce i bób. Nocne rodaków rozmowy na balkonie jak w Barcelonie :-) Bulki - było świetnie. Jeszcze raz dzięki bardzo. Pierwszy raz po tylu wizytach w Krakowie weszliśmy na Kopiec Kościuszki. Było warto. Już samo podejście pod kopiec od strony Salwatora było bardzo przyjemnym spacerem. Turysty niewiele, widoki świetne, ponoć przy dobrej pogodzie widać nawet Tatry, myśmy nie zobaczyli, ale wierzymy na słowo.

A teraz w Tatry... Szwagropol miał nas tam dowieźć w dwie godziny, ale słynna już Zakopianka skutecznie nam podróż wydłużyła do ponad trzech, ale nie o to, nie o to... Pierwszy (dla nas) dzień czyli sobota to był typowy, Zakopiański lans: wjazd na Gubałówkę, lody na górze, przejście wśród dziesiątek, albo i setek straganów z żarciem, piciem, ciupagami, sercami, kierpcami, skórami i sam nie wiem czym jeszcze. Było śmiesznie, tworzyliśmy niezłą grupę, do tego nawet zorganizowaną :-) Do tej pory, jak się możecie domyślać, nie poczuliśmy jeszcze ducha wielkiej górskiej przygody.
   Ta czekała na nas dnia następnego. Za radą Ostrego postanowiliśmy wyruszyć wcześnie, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bardzo wcześnie. Pobudka o 3:30, o czwartej wyruszmy na szlak. Jest ciemno, więc jeszcze nie widzimy jak zła pogoda będzie nam towarzyszyła przez cały dzień, może i dobrze bo jak byśmy wiedzieli to byśmy pewnie wcale nie wyszli. My jednak idziemy. Z nieba lekko siąpi, ale to nas nie przestrasza. Naszym celem na niedzielę są Czerwone Wierchy. Gdy docieramy na pierwszą przełęcz, spotykamy samotny zielony namiocik, w którym ktoś sobie spokojnie śpi i pewnie śni o tym, że będzie pierwszy na szlaku, niedoczekanie. Ruszamy dalej. Podnosi się mgła, ale idziemy w chmurach, robi się coraz jaśniej, ciszę mąci jedynie śpiew ptaków. Klimat jakw dżungli. Jest pięknie, choć woda w lewym bucie zaczyna już chlupotać. Gdy wychodzimy ponad linię drzew robi się jakby chłodniej. Zakładam na siebie wszystko co mam do ubrania, a nie ma tego dużo. U koleżków podobnie. Na pierwszym szczycie jesteśmy koło 7:30. Musze przyznać, że jeszcze nigdy tak wcześnie nie byłem w górach. Nie wiem ile czasu spędzamy na szczycie, ale jak zaczyna mi stygnąć woda w butach stwierdzam, że trzeba ruszać dalej. Już dawno nie byłem tak mokry i dawno nie było mi tak zimno. Spoglądam wokół i jedyne co może mnie pocieszyć to świadomość, że nie jestem sam w tym odczuciu. Ruszamy dalej i tym razem już bez przystanków, każdy w swoim tempie docieramy na Kasprowy. W innych okolicznościach pewnie nawet byśmy nie zaszli do środka, ale biorąc pod uwagę okoliczności i stan w jakim jesteśmy, traktujemy restaurację na Kasprowym jak wybawienie. Ja obalam dwie herbaty i pierogi. Odzyskujemy siły, regenerujemy się trochę. Robimy jedyne tego dnia zdjęcia i podzieleni wracamy (kolejką lub autonogami).



Po tym dniu czujemy doskonale co to znaczy męska przygoda, wyrypa i w zasadzie pierwotne założenie wyjazdu zostaje zrealizowane w 100%. Dziewczyny zabierają dzieciaki do muzeum, bo pogoda nie pozwala na nic innego. Muzeum jakimś cudem ocalało , chociaż ponoć niewiele brakowało, żeby dzieciaki obróciły je w pył. Po południu jest jeszcze czas na integrację, śpiewy, hulanki i swawole. Zależy co kto preferuje.
     Na poniedziaek w planie Murowaniec - Zawrat - Świnica czyli trochę inne klimaty. Pogoda ma nam sprzyjać. Ruszamy później bo po 5 co i tak jest niezłym czasem. Po drodze do Murowańca spotykamy tylko ojca z córką, których spotkamy zresztą jeszcze raz tego dnia. W Murowańcu jesteśmy po 7. Bufet jeszcze zamknięty, więc ruszamy dalej. Dopiero teraz spotykamy więcej ludzi. To ci, którzy spali w Murowańcu, albo w Betlejemce. Szlak na Zawrat jest niezły, jest dość stromo, są łancuchy. Pogoda super. Aż do Zawratu nie spotykamy nikogo idącego z przeciwka. Idzie się bardzo dobrze. Widoki niesamowite. Na szlaku od Zawratu na Świnicę robi się już tłoczno, na łańcuchach kolejki. Teraz juz wiemy, że warto było wychodzić tak wcześnie, dzięki temu mieliśmy góry tylko dla siebie. W drodze powrotnej ludzi mijamy dużo, a do Murowańca docierają dzikie tłumy, panie w sandałkach i spódniczkach i tego typu klimaty. Spieszymy się z zejściem bo dziś chodzimy po górach na dwie zmiany. Dorota i Agnieszka ruszają na Giewont po południu . Co też okazuje się dobrym rozwiązaniem bo wszyscy co mieli wejść weszli rano, więc dziewczyny mają górę z krzyżem dla siebie (no prawie). 
     Wieczorem dalsza integracja, która, trzeba przyznać doskonale nam wychodzi :-)     











Pozdrowienia dla całej ekipy :-)



To był wyjazd rocznicowy, dla mnie był nawiązaniem i powrotem do tradycji wspólnych wypraw zapoczątkowanej w niejasnych okolicznościach w 1999 roku  zimowym wyjazdem w Gorce. Bardzo się cieszę, że udało nam się zorganizować i spotkać na neutralnym gruncie bo jednak to zupełnie co innego niż spotkanie na chwilę, gdzieś w przelocie w Trójmieście, gdzie każdy ma swoje sprawy do załatwienia. Tu każdy był na wakacjach i to było świetne :-)         
Tagi: kraków Tatry
23:13, karolulman
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 lipca 2009
Walia
W czasie wyjazdu nie tylko chodziliśmy po górach :-)









Na tym zamku, w tym kółku na środku Charles został mianowany księciem Walii. Podobno oglądało to 500 mln ludzi na świecie. 








Tagi: Walia
13:18, karolulman
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009
Walia-Snowdonia
Krótki wypad, którego głównym celem było wejście na Snowdon, najwyższą górę Walii. Pogoda nam się wyjątkowo udała. Były to chyba najcieplejsze dni w roku, w związku z tym słońce nas trochę przypaliło. Snowdon niby nie za wysoki (1085m.) ale podejście od wschodu przez Crib Goch było naprawdę hardcore'owe. Ktoś napisał, że trochę jak Orla Perć, tylko bez łańcuchów i innych udogodnień. Samo podejście na Crib Goch wyglądało poważnie i takie było, a potem  było jeszcze ciekawiej. Przeszliśmy granią przez jeszcze kilka szczytów, momentami z chodzeniem nie miało to wiele wspólnego. Dla leniwych jest opcja wjazdu na szczyt pociągiem z Llanberis, chociaż to już żadne wyzwanie, a raczej obciach. Spaliśmy na polu (Garth) z najlepszym widokiem jaki można sobie wyobrazić. Z jednej strony Snowdon, a z drugiej dwa jeziorka, w których się zresztą kąpaliśmy. Na tym polu przeżyliśmy dwa oberwania chmury, po których pojawiały się piękne tęcze, a rano z namiotu o godzinie siódmej wyganiał nas upał, albo owce beczące od świtu.  















      
Tagi: Walia
21:01, karolulman
Link Komentarze (2) »